Są takie dni, kiedy budzisz się chora/y o 6 rano. I już nie chce Ci się spać. Za nic nie zaśniesz. Grunt w tym, że jesteś chora. W dni, w które pracujesz, takie rzeczy się nie dzieją. O 6 masz REM, a o 7, jeśli w ogóle możesz sobie pozwolić na spanie do tej godziny, chcesz zapaść się w głąb łóżka i nie wychodzić do końca ..hmm czegokolwiek…

Dokładnie takie rzeczy dzieją się wtedy, kiedy musisz przeleżeć w tym zasranym łóżku cały dzień, no bo w sumie na nic innego nie masz sił. To dzień w którym zdajesz sobie sprawę, że nie dasz rady zagrać nawet w grę. To dzień napisania nowej notki!!!!

Kambodża to kraj w którym mam wrażenie, że nic się nie klei. Ot ktoś sobie postawił 2-metrowego, marmurowego lwa koło domu, a obok dzieci bawią się krowimi odchodami. Ktoś sprzedaje kokosy za dolara, a ktoś pół metra dalej za dwa. Wszystko leży, jakby zostało łot tak rzucone i nie warto ruszać. Pewnie cały Angkor też tak ‚odkryli’. Ktoś się potknął, zawołał kolegów, poobcinali drzewa i krzaczory no a potem przyjechał chińczyk i powiedział, że na tym można zrobić strasznie dużo pieniędzy.

I SŁUSZNIE.

Angkor jest pięknym, cudownym i przepysznym miejscem. Każdemu kto jara się indiana dżonsem, tomb rajderem, a niech będzie, że nawet anczarted! POLECAM.

Przed dostaniem się do środka, trzeba kupić bilet. Są wersje (z tego co pamiętam) jednodniowe i 3 dniowe. I słusznie. Niech kambodżańczycy mają! No bo przecież kupa ludzi zostaje na 2 dni, więc musi kupić 3-dniowy, a ten jest droższy niż byłby 2-dniowy więc tadam! No i ten świstek papieru, zwany biletem, ze swoją twarzą na froncie (robio zdjęcia), trzeba mieć absolutnie cały czas przy sobie. Bilet można nabyć w kasie, która sprytnie ulokowana jest daleko od głównego wjazdu. W drugi dzień zwiedzania,  jak się okazało, należy pamiętać o udaniu się ponownie do bileciarni (wygląda jak bardzo drogi pałac). My oczywiście tego nie zrobiliśmy. Więc przemiły strażnik, po dosyć długiej konsultacji krótkofalówkowej, pewnie z jakimś generałem, dumnie przebił nam bilety dziurkaczem, pozwalając na wjazd i informując, że jutro już mamy się udać do głównej kasy!

Angkor ma 2 kręgi. Mały i duży. Każdy z nich jest mega stary. Warto odwiedzić oba i warto pomarnować tam sporo czasu. W pierwszy dzień zdecydowaliśmy się na mały – rowerami. To był oczywiście błąd, bo kto by przewidział niezłą hecę, w postaci przebicia opony. .. No ale sytuacja została opanowana. Można było zwiedzać dalej. Nie będę się tu rozckliwiać nad pięknem tych miejsc. To trzeba zobaczyć. Ale zarówno mały i duży krąg proponuję na skuterze.. Upał, pająki, wilgoć, zapach grzybu, małpy w kształcie piłki kradnące pyszniutkie ananasy to dodatkowe atrakcje serwowane przez przewrotną naturę! No i ludzie. Tłumy. Tłumiska! Jak będę mieć już miliony, to sobie taki cały Angkor kiedyś wynajmę na tydzień i zabronię wejścia wszystkim! W związku z dużą ilości pierwiastka ludzkiego, polecam zwiedzanie „od tyłu” – czyli udanie się do świątyń tych najbardziej odległych, i zmierzanie w kierunku Angkor Wat – kiedy to już powinien świecić pustkami po chińskich wycieczkach.

Jakby tego było mało, to właśnie w tym miejscu miałam przyjemność się zatruć. Papryką z porannego omleta. Nadal mam do niej wstręt. Zatrucie natomiast nie było tak groźnie, żeby stoperan, cola i zwrócony pokarm z nim nie wygrały! \m/

Okolice Angkoru, to też raj dla wielbicieli pająków. Są przeróżne. W paski, w kropki i też takie nasze Polskie, domowe. Raj dla żebrzących dzieci (nie wolno od nich niczego kupować, bo powinny być w szkole). (Ja kupiłam magnes, bo był tani i była sobota!) To też tanie ciuchy i przepyszne owoce. No i mili ludzie.

Mieszkanie – mieszkaliśmy w prowadzonym przez chyba Hindusów hostelu. Hostel prowadzony przez chyba 10-cio osobową rodzinę. Każdy jest Twoim przyjacielem. Jest nawet basen a raczej basenik. Miło, przyjemnie, niedrogo i względnie! czysto. Przed snem trzeba dokonywać eksmisji pająków. Na życzenie mogę poszperać w czeluściach internetu i znaleźć ów obiekt.

Na koniec wyjazdu, po bardzo przyjacielskim traktowaniu, poprosiliśmy całą rodzinkę o zrobienie sobie z nami zdjęcia. Oczywiście ucieszyli się jak szaleni:) Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że jeden z synów ma swastykę na tiszercie:D Dla hindusów to normalka, ale moi drodzy, ów swastyka trzymana była przez czarnego, nieco kanciastego orła. (Miał ktoś poczucie humoru – oczywiście fotki jak na złość nie mogę znaleźć).

Po dwóch dniach, tych świątyń mimo wszystko ma się już trochę dosyć. Czas wracać. Tuk – Tuk na lotnisko i wracamy Sajgonu. Za wszystkie błędy w tekście przepraszam, ale mam gorączkę 🙂

Comments closed

Comments are closed.