Kambodży część druga, zaczyna się od wynajęcia skuterka. Cały dzień to jedyne 5$ więc bardzo mało. Moje cebulowe serce się raduje. W planach wyjazd do Parku Bokor. A że ponoć tu już malaria i dżungla, wczytuje się w internety jak to z tymi komarami tam jest i czy jechać owinięta moskitierą.

Na blogasku pewnej parki wyczytuje, że zrezygnowali. Zastanawiam się również czy nie olać, bo na mnie komary mają dobrą wyżerkę, natomiast od mojego partnera podróży, Sławomira uciekają. Identyczna sytuacja jak u owej parki. Zastanawiam się czy nie wybrać farmy jedynego w swoim rodzaju pieprzu Kampockiego.

No ale ciekawość zwycięża. Wybieram Bokor i jedziemy. Oczywiście nie było pół komara. Wiało dramatycznie, bo wjeżdża się na wysoką górę. Na dole plus 30 coś, na górze pewnie ze 13 momentami. Ale warto było marznąć i jeszcze jechać spory kawałek drogi w deszczu. A droga, swoją drogą też jest czadowa. Co chwilę inny widok, pogoda zmienia się co minutę. I jeszcze monstrualnej wielkości posąg, już prawie przy szczytowaniu. Nie jest tak wielki jak nasz Świebodzinejro, ale równie spektakularny.

 

Góra jak góra – wiadomo, że można spodziewać się osom widoków, ALE na samym szczycie jest opuszczone, mroczne, francuskie kasyno, także już robi się ciekawie. Nie wiem na co francuzom kasyno w takim miejscu, ale pewnie mieli na to jakiś swój pomysł. Oprócz kasyna jest jeszcze piękny opuszczony kościół, świątynia chińska oraz buddyjska, wodospad i kilka równie starych, opuszczonych budynków.

 

Zwiedzenie całości na skuterku zajmuje ok 3h. + dojazdy 1,5 w górę i ok 1,10 w dół. Warto! W międzyczasie spotykamy mnichów 21 wieku, grupę chińczyków, którzy już wtedy wiedzieli, że bendem sławnom blogerkom i robili sobie z nami pamiątkowe zdjęcia oraz węża. Ale nie byle jakiego. Miał ze 3 metry i głową podniesioną w górę rozglądał się w każdą stronę. Mam oczywiście swoją teorię, że chciał mnie zabić, natomiast ponoć był zbyt daleko..Po tak męczącej wycieczce człowiek musi się najeść więc skusiłam się na wietnamską zupkę, której już notabene nie widziałam nigdzie w Wietnamie o_O. Otrzymałam ją w wielkiej wazie, z której spokojnie można wykarmić 5-cio osobową rodzinę. Oprócz tego, że zawierała pomidory, które musiałam wydłubywać, była całkiem niezła.

 

Wracając do miasta, warto odbić w pierwszą lepszą drogę w prawo. A tam sielaneczka, cisza, rybacy i okolica kolorami przypomina Kenie (przynajmniej ja sobie ją tak wyobrażam). Fermy pieprzu nie żałuje, bo pewnie to emerycka atrakcja, a że do Kampotu planuję kiedyś powrót, to akurat! Zadowolił mnie Kampocki pieprz kupiony w lokalnym sklepie.

Dalszym celem podróży jest stolica Kambodży. I tu Kochani KONKURS!!! Jak nazywa się stolica Kambodży? Zasady są bardziej niż proste (jeśli w ogóle coś takiego istnieje). W komentarzach wpisujcie swoje odpowiedzi, a przy okazji tworzenia nowej notki, maszyna losująca wylosuje jedną osobę wśród tych, które udzieliły prawidłowej odpowiedzi. Nieziemski szczęściarz otrzyma oryginalne, jedyne w swoim rodzaju wietnamskie pałeczki! I to dwie! Powodzenia!

Comments closed

Comments are closed.