Kryzys hakerski został zażegnany. Jak się okazało, kurdyjscy hakerzy są strasznie biedni i potrzebują pinionżków. Rozumiem ich więc przelałam milion złotych niepotrzebnych mi oszczędności..no i odblokowali bloga.

Strasznie nie chce mi się dodawać kolejny raz notki, która zniknęła, ale pewnie wszyscy znacie ją na pamięć.

W skrócie – przejechaliśmy z Sajgonu do Vinh Long. To maleńka mieścina, przez którą przepływa osławiona rzeka Mekong. Rzeka ów, zaczyna się gdzieś w Tybecie a kończy w morzu pd- chińskim. W Vinh Long ma kolor brunatno-brązowy. Jej Fauna jest bardzo bogata. Od krewetek przez delfiny po krokodyle, i pewnie jeszcze masę chorób. O krokodyla raczej ciężko. Trzeba by pływać pewnie z tydzień z odciętą kończyną, żeby zwabić takowego. (Albo mi się z rekinami pomyliło, których zaiste tam nie uraczysz).

Ale do sedna. Wysiadamy z autobusu, totalnie pośród niczego więc do centrum taksóweczka za pewnie z 200 000 dongów. Hehhe dongów. Jest jeszcze względnie wcześnie, więc wchodzimy do pierwszej lepszej budki i rezerwujemy atrakcje w postaci pływania po Mekongu. Pani oferuje cuda i dziwy, twierdzi, że w 3 godziny da się nawet na rowerze w okolicy pojeździć. Cena za te wszystkie atrakcje też jest jakaś lekko mówiąc przesadzona. Finalnie, ułożyliśmy własną trasę, zrezygnowaliśmy z połowy „atrakcji” no i zostawiliśmy te obowiązkowe, bo inaczej się nie da. Cena spadła proporcjonalnie. Wsadzono nas na 10 osobową łódeczkęu no i płyniemy. Fajnie, bo nikogo oprócz nas nie ma. No i płyniemy, płyniemy, płyniemy, podziwiając brunatność wody i okoliczne życie wodnych ludzi. Generalnie spoko, można się zrelaksować (najbardziej kiedy Pan zmniejsza obroty).

Pierwsza atrakcja na trasie, to fabryka kokosowych cukierków i oczywiście zupełnie przypadkowo sklep z pierdołami. Czas „zwiedzania” 5 min. Pewnie można i powiedzieć tam dłużej, bo te cukierki są całkiem dobre i ciekawe – ale niestety ludzie tam pracują, a nie szkolą i opowiadają.

Następną atrakcja to przesiadka do małej, drewnianej łupinki, którą wiosłuje Kobita. (Absolutnie żaden facet tego nie ogarnia, a Panie są ewidentnie dumne z tego co robią: )) No i wpływa się tą łupinką w mniejsze odnogi Mekongu, przepływając bliżej lokalsów, mogąc podziwiać ich codzienne życie. Pogoda się posypała, Pani dała trójkątne czapki. To chyba też było zaplanowane.

Po zbyt krótkiej moim zdanie wycieczce, wracamy na silnikową łajbę, i śmigamy dalej. Tym razem jest to atrakcja jedzeniowa (takie lubię najbardziej). Zatrzymujemy się w totalnie starym i pięknym chińskim domu. Czad. Na stoliczku herbata w pięknej porcelanie i masa owoców. Wszystko pyszne. iem, trochę emerycko, ale za 10 dni będę mieć już 30 -tke ..więc Ju noł..

Pani z rezerwacji kazała nam wrócić przed piątą (bo musimy zdążyć na bus do „miasteczka” z noclegiem. Więc trzeba było wracać na pełnym gazie. I tak robiło się już mrocznie, więc ja nie mam pojęcia gdzie ta kobieta chciała jeszcze upchnąć fabryki makaronu, rowery i w ogóle w ogólę masę wszystkiego.

Ta sama Kobieta (jest za 20 piąta) każe nam o odebraniu plecaków biec na „dworzec” – ale tu ją akurat rozumiem. Tam jest zupełnie inny czas. Czasami mam wrażenie że jest bardziej umowny niż …(to wstaw sobie co chcesz).

Po drodze, nikt nie wie co to bus stop. Stop zresztą też. Jakoś docieramy na dworzec, czyli ogrodzony i wybetonowany plac z butką, w której siedzi Pan i nie wie nic. Jest za 15 min 17. Podbiegają do nas panowie i mówią, że tu już absolutnie żadnego autobusu dziś nie będzie i że w ogóle to dziś nic nie jeździ, albo wszystko odjechało i jak nie pojedziemy z nimi na motorkach, to w ogóle tu umrzemy i nie wyjedziemy nigdy. Tylko oni wiedzą skąd i kiedy odjeżdża autobus. Jako, że nie lubię jak mnie robią w przysłowiowego chuja (przepraszam mamo, jeśli to czytasz), pokazuje Panu na zegarku, że sobie poczekamy te 15 min i zobaczmy. Pan pokazuje mi, że za 15 min to on już idzie spać i już w ogóle nie ma nikogo, kto by nas zawiózł. No trudno, poczekamy, jako że Pan chce miliony monet za nic, no i jestem sceptycznie nastawiona do jazdy na motorku z plecakiem i typem, który …a zresztą nie pamiętam jak wyglądał 😛

Czekamy. Jedzie autobus. Przecieram oczy, bo widzę na nim nazwę mieściny do której jedziemy. Przecieram oczy jeszcze raz, bo nagle dzieje się akcja jak z filmów z dżaki czasnem. Panowie ze skuterów wskakują na jadący autobus, krzyczą do kierowcy, wymachują rękami, prawdopodobnie namawiają go, żeby wziął udział w procederze oszukania nas. Kierowca, jako że dba o swoje fundusze, oczywiście zaprasza nas do środka i wyciąga rękę po pinionżki. Mamy na styk, co do donga. Daje mu pieniendze on wychodzi. Na twarzy maluje mi się konsternacja i wielki znak zapytania, komu dałam pieniondz. Na szczęście okazało się, że to kolega kierowcy. Odpoweidzialny za bilety. (Których oczywiście nie dostaliśmy). Jedziemy z godzinkę, może i ciut dłużej. Wykończeni dojeżdżamy do miejscowości Can Tho. Jest ciemno, głodno i mokro (padało). Idziemy jakieś 5 km z buta (wyliczenia na podstawie bólu ramion) i znajdujemy upragniony bankomat. Trochę odwodnieni szukamy miejsca, gdzie można coś zjeść i wypić zimne piwko. A tam jak na złość same kawiarnie.. Kupujemy mini pizzę u Pani na rogu (dobrze, że nie skumała, że chcemy 2 i dała jedną bo była niedobra) i bierzemy taksę, żeby dojechać do noclegu. Jedziemy. Cyrk. Taksówkarz nie kuma mapy na Gpsie, nie ogarnia adresu, zatrzymuje się w ciemnej D i dalej nie jedzie bo się boi. Dajemy mu telefon, żeby pogadał sobie z noclegiem. Dalej nic nie skumał. Wracamy. Pyta o drogę miejscowych – każą mu zawrócić. Zawraca. I tak ze 3 razy. Wysiadamy, płacimy, nie ma wydać – daje nam kilka arbuzów zamiast reszty :))

Do noclegu było jeszcze jakieś 2 km, ale było warto. Piękny bungalow. Wszystko z drewna. Od zewnętrza dzieliła nas tylko moskitiera i cienkie drewienka. Jeszcze nigdy w życiu tak dobrze nie spalam.

Pomimo tego, że ciężko było pozbyć się myśli, że dziki wąż albo inna skolopendra przegryzie moskitierę i wszystkich zabije. Miejsce wspaniałe. Pyszne jedzenie, pyszna kawa, pyszni właściciele (wyglądali jak z kreskówek) i generalnie wszystko pyszne. Jak ktoś się wybiera, mogę się poświęcić i sprawdzić nazwę 🙂

DOBRANOC!

 

Comments closed

Comments are closed.