Są takie dni, kiedy budzisz się chora/y o 6 rano. I już nie chce Ci się spać. Za nic nie zaśniesz. Grunt w tym, że jesteś chora. W dni, w które pracujesz, takie rzeczy się nie dzieją. O 6 masz REM, a o 7, jeśli w ogóle możesz sobie pozwolić na spanie do tej godziny, chcesz zapaść się w głąb łóżka i nie wychodzić do końca ..hmm czegokolwiek…

Z Kampotu do Phnom Penh jest zaledwie 151 km, które pokonujemy małym, zdezelowanym autokarem w jedyne 5h. Po drodze mijają nas ogromne ciężarówki, wypakowane po brzegi Kobietami jadącymi na kolejną zmianę w fabryce. Fabryka co kilometr, ciężarówek mijaliśmy chyba ze 100.

Kambodży część druga, zaczyna się od wynajęcia skuterka. Cały dzień to jedyne 5$ więc bardzo mało. Moje cebulowe serce się raduje. W planach wyjazd do Parku Bokor. A że ponoć tu już malaria i dżungla, wczytuje się w internety jak to z tymi komarami tam jest i czy jechać owinięta moskitierą.

Za oknem śnieg po pachwiny, także trochę kilmat się nie zgadza.

Ho Chi Minh City, to była stolica Wietnamu. Chyba bardziej znana pod nazwą Sajgon. Pierdolnik totalny. Plus deszcz. Ale nie da się ukryć, że ma swój specyficzny klimat. Pierwsze godziny to nauka przechodzenia przez ulicę i dostosowanie płuc do wdychania spalin. Kraków ze swoim smogiem to pikuś. Pierwsze jedzenie – na co oczywiście czekałam najbardziej.