Z Kampotu do Phnom Penh jest zaledwie 151 km, które pokonujemy małym, zdezelowanym autokarem w jedyne 5h. Po drodze mijają nas ogromne ciężarówki, wypakowane po brzegi Kobietami jadącymi na kolejną zmianę w fabryce. Fabryka co kilometr, ciężarówek mijaliśmy chyba ze 100.

Jedzie się jak zwykle super bezpiecznie. Nie ma żadnych zasad ruchu drogowego. Po zachodzie słońca wszyscy jeżdżą na długich światłach, pod prąd, środkiem czy bokiem. Nie można się zdrzemnąć, bo przy każdym wyprzedzaniu, kierowcy zamiast kierunkowskazu, używają klaksonu.

Dojeżdżamy późnym wieczorem, gdzie otrzymujemy w hotelu pierwszy pokój bez okna. Wszędzie biegają małe jaszczurki – czad 🙂 Miasto na pierwszy rzut oka wygląda na ładne i zadbane. (Oczywiście już po redefiniowaniu sobie w głowie pojęć ładny i zadbany). No ale przecież to stolica, więc nie ma się czemu dziwić. Na każdym kroku widać uwielbienie dla sprawującej władzę rodziny Królewskiej. W każdej, nawet najmniejszej knajpce, wiszą ich zdjęcia. Ów rodzina królewska pomieszkuje sobie w monstrualnie wielkim pałacu w centrum miasta. Mają bardzo ładny widok na swoje własne twarze.

Co robić w Phnom Penh? Na fanów świątyń czeka ich kilka. W kilku miejscach miasta. Odchodząc trochę od centrum, trafiliśmy nawet na małą wioskę mnichów XXI wieku. Totalna sielanka. Jak zupełnie inne miasto w mieście.

Na fanów zakupów, czeka ogromny targ, gdzie można kupić dosłownie wszystko. Armaniego za 20 zł, słuchawki dr Dre za 30 czy torebki Lui Vitą za 35. Szaleństwo. Dla miłośników elektryczności i eksperymentów kulinarnych też się coś znajdzie!

Generalnie poza pałacowym przepychem panuje bida aż piszczy. Ludzie sprzedają cokolwiek i gdziekolwiek. Tuktukarze nie dają żyć swoim „Tuk – Tuk seeerrrr/meeemmm?” – a jeśli nie jesteś zainteresowana, to mają w swojej ofercie również inne rzeczy, np: zegarki, haszysz a na samym końcu opium. Jest masa żebrzących dzieci i dorosłych. Niektórzy radzą sobie lepiej, oferując usługi wątpliwej jakości i czystości. Np taki zakład fryzjerski.

Pierwsza klasa! Pierwszą klasą jest również jedna z knajp, którą odwiedziliśmy. (Uwaga, można natknąć się na Polaków!) Knajpa nazywa się „David’s Restaurant – Handmade Noodles” i jak sama nazwa wskazuje, można zobaczyć na własne oczy, jak Pan wytwarza przepyszne noodle. Mają też pierożki na parze, których jestem wierną fanka oraz hepi ałer na piwo:)

Po krótkim ale intensywnym pobycie, czas na wspaniałe miejsce dla fanów Tomb Rider’a czy Indiany Jones’a. Angkor Wat!!

Odnośnie Konkursu – odpowiedzi, które zostały przesłane na PM, nie biorą udziału w ZABAWIE! Komisja przedłuża konkurs do nast. notki. Dla leniwych, w powyższej, odpowiedź na pytanie pojawia się kilka razy:)

PS: Zdjęcia tym razem małe –  bo ponoć strona jest strasznie ciężka:)

 

 

 

Comments closed

Comments are closed.