Jestem stara. Już oficjalnie i na papierze. Mam 30 lat. Z tej okazji natchnęło mnie do kolejnego wpisu. Tym razem będzie zupełnie nieciekawy, bo moje serduszko wypełnione jest starością. Wracając do wyjazdu. Jesteśmy nadal w Mekongu. W bardzo fajnym miejscu. Poznajemy kilku niemieckich podróżników i mamy okazję zgłębić wiedzę tajemną, którą z radością nam przekazują. +10 wizdom.

Zawsze bardzo kręcą mnie historie ludzi, na temat tego, jak to się stało, że wyjeżdżajo i długo nie wracają. Skąd biorą kasę, zawsze interesuje mnie najbardziej. No i się dowiedziałam. Nie byli to tym razem pracownicy korporacji, którzy rzucili wszystko i pojechali zmieniać życie, szukać siebie itepe. O nie. Nie tym razem! Tym razem byli to ludzie, którzy sprzedali wszystko co mieli, wyjechali i wystarczyło im na rok śmigania po świecie. No ludzie.. Po dosyć szybkim podliczeniu całego swojego majątku, który mogę sprzedać i wyjechać, wyszło mi, że przy dobrych wiatrach mogę przemieszkać 2 miesiące w Radomiu. No ew kupić bilety na jakąś Kube czy Japonie no i liczyć, na to, że znajdę drzewo z pieniędzmi. Ja wiem, że można żebrać, bo ludzie to robią. Ale tu chyba jednak nie o to chodzi. Nie chcąc nikogo obrażać dodam, że byli całkiem sympatyczni.

No i znów wracając do wyjazdu, dziś śmigamy sobie łodzią z niemcami i właścicielami noclegu. Jest fajnej niż dzień wcześniej. Odwiedzamy targ wodny, jemy w jednoosobowej fabryce obierania ananasów i odwiedzamy fabrykę makaronu ryżowego. Kto wie, może ktoś z Was zjadł albo zje tę część, która wyszła z pociętego przeze mnie placka!

Nie ma co się bardziej rozpisywać. Woda, łódka, woda łódka. Fajnie. Dzień mija przewrotnie szybko, czas na obiadek i dalszą drogę. Standardowo pierwszy bus się spóźnia, zbierając wszystkich z okolicznych zadupiów. Do głównego busa na dworcu dosłownie wbiegamy. A tu niesamowita niespodziewanka! Przed wejściem trzeba zdjąć buty. Okazuje się, że autobus jest leżący. OSOM. Jest mega wygodny ale lekko śmierdzi skarpetą. Podczas postoju dostaje się japonki przy wychodzeniu. (Bleeee, czyjeś stopy tam były).

Wracamy do Sajgonu, piwerko na lotnisku i kolejny lot, tym razem do Hanoi, czyli przez cały Wietnam – na północ. Standardowo walczę ze stresem wyobrażając sobie katastrofy, łamiące się samoloty itp. Nauczeni tym, że taksówkarze to jednak nie jest stowarzyszenie godnych zaufania ludzi, tym razem wzięliśmy sobie pick-up z hotelu. Na bogato. I dobrze, bo wylądowaliśmy chyba koło 0:00 w nocy. W pobliżu zero taksówek. Pada deszcz i z 35 temperatura NAGLE spadła do 18. Nie widać i nie słychać tuk tuków. Nikt nie łapie za rękę i nie chce sprzedać kury, opium czy zegarka. No metropolia Panie! Jedziemy do hotelu i idziemy spać. Obyło się bez klimy w pokoju.

Comments closed

Comments are closed.